Jack i Jill to już - jeśli dobrze liczę - ósmy projekt współtworzony przez aktora Adama Sandlera i reżysera Dennisa Dugana. Panowie po raz pierwszy spotkali się na planie w 1996 roku. Przy tak długim stażu wspólnej pracy ciężko jest wymyślić coś, co będzie świeże i pozytywnie zaskoczy widza.
Twórcy opisywanego filmu doskonale zdawali sobie z tego sprawę, więc postanowili wybrać bezpieczne rozwiązanie - a w komedii oznacza to połączenie ze sobą ogranych, zawsze sprawdzających się klisz.
Jack(Adam Sandler) i Jill(Adam Sandler - to nie błąd, aktor wciela się w obie postaci) to bliźniacy. On - ustatkowany, szefuje firmie tworzącej spoty reklamowe, ma piękny dom w Kalifornii, kochającą żonę i dzieci. Ona - szalona, choć samotna czterdziestolatka, mieszkająca w Bronksie. Brat i siostra spotykają się ze sobą raz w roku, zawsze w okresie Święta Dziękczynienia. Jack niespecjalnie przepada za swoją krewną, a co gorsza, jej przyjazd przypada na kluczowy moment w karierze bohatera - negocjuje on warunki nakręcenia reklamy z samym Alem Pacino...
Pomysł, by facet grał babę, jest stary jak świat. W wykonaniu Sandlera wygląda to tak, jak powinno - głupio, ale przy tym i komicznie. Jill nie należy do osób o figurze modelki, toteż żartów z pierdami i spoconymi pachami w rolach głównych jest tu sporo. Poza typowo amerykańskim humorem, w filmie znalazło się miejsce także na wątki prorodzinne i miłosne. Rzec więc można Sandler's standard.
Dodatkowy plus przyznaję za udział w filmie Ala Pacino. Naprawdę fajnie jest zobaczyć, że aktor z takim dorobkiem ma do siebie dystans, i talentem komediowym potrafi chwilami przyćmić nawet takiego wyjadacza gatunku, jak odtwórca dwóch głównych ról.
Wspomniałem wcześniej o tym, że Sandler i Dugan współpracują nie od dziś. Niestety, obiektywnie przyznać trzeba, że mimo iż Jack i Jill to z pewnością nie jest film słaby, to na tle pozostałych komedii autorstwa ww. dwójki prezentuje się bardzo przeciętnie. Stężenie gagów jest wyraźnie mniejsze niż w Nie zadzieraj z fryzjerem czy Super tacie, a ich moc słabsza - większe salwy śmiechu w trakcie całego seansu mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Wciąż jednak jest to solidna, dobrze nakręcona produkcja komediowo - familijna.
Wszystkim lubiącym humor a la Sandler film polecam. Jack i Jill idealnie nadaje się na niedzielny seans z całą rodziną. Jeśli Sandlera nie lubicie - znaczy, że jesteście smutasy. A smutasy komedii nie lubią, więc lepiej niech do kina nie idą.