Ciężkie chwile zawsze są punktami wyjścia do refleksji. Zwłaszcza w chwilach kiedy zraniła ukochana osoba. Kiedy nie może znaleźć dla nas czasu. Wtedy nachodzi nas, kobiety, pytanie jak mogłyśmy wytrzymać to wcześniej? I dlaczego, mimo wszystko, wciąż go kochamy? Może dlatego, że nasze pretensje nie są do końca słuszne?
Ostatnimi czasy także mnie naszła taka refleksja. Zauważywszy, że mój ukochany nie potrafi się wyrobić na umówioną godzinę, a na obietnicę: dam znać od razu odpisuje dwie godziny po czasie, trafił mnie, lekko mówiąc, malutki szlag. Próbowałam mu to dać do zrozumienia i starałam się jak najmniej do niego odzywać.
To było najpierw. Potem zrobiło mi się przykro, że nie potrafi dla mnie znaleźć czasu. Wiem, że pracuje, ma mnóstwo zajęć, ale to nie ja obiecałam sobie, że będzie gotowy do 19.
Dopiero potem moja refleksja się pogłębiła. Zapytałam samą siebie jak wytrzymywałam to wcześniej - bo tak było przecież zawsze pomijać krótki czas na początku naszej znajomości, kiedy jeszcze oboje się staraliśmy jak diabli. Doszłam do wniosku, że mimo, iż wkurza mnie to niewymiernie, wciąż go kocham i to wcale nie miej niż kiedyś.
W tym miejscu stwierdziłam, że z nami, kobietami coś jest nie tak. Czy tylko miłość nas tak zaślepia, że wybaczamy mu wszystko, czy też mamy zupełnie inne powody? Pewnie, wściekamy się, kiedy nie potrafi się znaleźć w umówionym miejscu, w określonym czasie. Ale równie szybko jak dostajemy szału, tak samo wybaczamy. Postanowiłam się odwołać do kobiecej psychiki. Jak wiadomo jesteśmy bardzo emocjonalne. Wszystko musimy przeżyć, a nie tylko przyjąć do wiadomości. Ale kiedy tak przeżywamy nasz problem rośnie i staje się coraz gorszy, coraz bardziej dotkliwy. Z trudem postarałam się trzeźwo ocenić sytuację. Bez uczuć, obiektywnie i dojrzale. Z wniosków, do jakich doszłam, wyszło, że moje pretensje były nieco niepotrzebne.
Po pierwsze: WIDZIAŁY GAŁY CO BRAŁY. W końcu widzimy jakiego ukochanego wybieramy i znamy jego cechy charakteru. Nie usprawiedliwia nas nawet kompletne zauroczenie i zaślepienie; w końcu mija, a wszystkie wady i zalety ukochanego oglądają światło dzienne i nasze oczy. I vice versa, przecież on poznaje nas tak samo. Widziałyśmy, że jest zajęty, pracuje i nigdy nie wie co mu wypadnie. Więc, w gruncie rzeczy nie powinnyśmy wierzyć w jego obietnice, a tym samym uniknąć potem rozczarowań.
Po drugie: BĄDŹMY DOROŚLI. Nawrzeszczmy na niego raz, a porządnie, wyrzucając z siebie wszystko, co nas boli, dokładnie o tym opowiadając, a nie chowamy urazę w sobie, bądź nadąsamy się, nic nie mówiąc, oczekując od faceta jasnowidztwa.
Po trzecie: KTO NAS UTRZYMA? Mamy liczyć tylko na siebie, utrzymać siebie, jego, potem jeszcze dzieci, żeby on miał mnóstwo wolnego czasu, aby mógł się wyrobić na randkę z nami? Poza tym pomyślmy - wtedy to my nie będziemy miały czasu. Błędne koło się zamknie.
Doszłam do wniosku, że jedyne co nas (w tym mnie) usprawiedliwia, to fakt, że jednak on sam nam obiecuje, że na pewno stawi się na godzinę taką, a taką, zadzwoni jak tylko... My tego nie wymyślamy. A przecież chcemy mu wierzyć. Dlatego nieco nadinterpretujemy obietnice i nie odnosimy się do nich z lekkim, pełnym humoru dystansem. O właśnie - humor. Tylko to może nas uratować przed zagładą i niepotrzebnymi pretensjami, które rosną i leją się potem niczym woda z Niagary. Zamiast łapać focha i odwracać się od niego, kiedy ten daje buziaka, pomóżmy mu w pracy i nieco kąśliwie zaserwujmy mu żarcik o spóźnianiu:
- Dlaczego Kochanie znów spóźniłeś się na randkę? - pyta dziewczyna swojego chłopaka.
- Bo za późno wyszedłem z domu. - odpowiada ten.
- A dlaczego nie wyszedłeś wcześniej?
- Bo już było za późno, żeby wyjść wcześniej.
Więc, Drogie Panie, zaczerpnijmy trochę racjonalności od facetów, opanujmy nieco emocjonalność i mamy spore szanse na porozumienie w kwestii czasu z naszym ukochanym. Nie zapomnijmy o odrobince humoru, a dzięki temu same go sobie nie zepsujemy. Nasz ukochany z kolei uzna nas za anioła. Z drugiej strony nie przesadzajmy z tą wyrozumiałością, bo nam się facet rozbestwi.