Nie opłaca się umierać. Już za życia wszyscy próbują się dostać do naszego portfela, bynajmniej nie w celu obejrzenia fotografii żony. Całe szczęście w takich przypadkach wystarczała strzelba, drewniana laga lub mniej lub bardziej wymowne gesty, aby mieć spokój. Gorzej, gdy osiągnęliśmy już stan spokoju świętego.
Z racji małej dozy ruchliwości, po śmierci trudniej bronić ciężko zarobionej krwawicy. Pieniądze lubią posiadać właściciela, jednakże nie wykształciły one tak zaawansowanych procesów emocjonalnych, aby przywiązały się do kogoś na dłużej. Pieniądze lubią wędrować, a bezpańskie pieniądze są jak mięso w parówkach - rzadko się zdarza, więc trzeba to wykorzystać.
Siniaki, odleżyny i otarcia to naprawdę nic miłego. Pewnie dlatego wymyślono tak mięciutkie kołdry, poduszki, koce, nakrycia, materace, jaśki, pierzyny, karimaty i śpiwory. Zastanawiam się jedynie, po co komuś, kto nie zamierza już wstać, podrapać się po genitaliach i się przeciągnąć, pluszowe poduszki oraz zamszowe obicia w trumnie. Wydaje mi się, że zmarłej osobie nie zależy na wysokim poziomie komfortu cielesnego. Zdaje mi się także, że złota biżuteria, nowy garnitur czy garsonka i modne buty nie sprawią, że owa persona poczuje się bardziej atrakcyjna.
Niezmiernie szkoda jest zakopywać piękną, lakierowaną, dębową skrzynkę ze srebrnymi okuciami. Szacunek dla naszych bliskich, którzy tak naprawdę są już o wiele dalej i których, bądźmy szczerzy, guzik obchodzi wygląd trumny, możemy wyrazić na wiele innych sposobów. Na pewno jednym z nich nie jest wkładanie do kieszeni telefonów komórkowych. A takie gadżety jak książeczka i różaniec mają służyć za życia, a nie po śmierci.
Jedni sobie marudzą, inni rozwijają cmentarną modę w najlepsze. Płaskorzeźby i rzeźby na nagrobkach (mój zmarły jest ważniejszy), przedmioty codziennego użytku w trumnach (grzebień zawsze może się przydać), foteliki wokół pomników (będzie można wygodnie wysłać sms'a wujkowi, 2 metry niżej).
Sama ceremonia pogrzebu także wygląda różnorako. Kremacja i jej konsekwencja w postaci urny z prochami na kominku, to dość rozpowszechniony, nawet w Polsce, zwyczaj. Do tych mniej znanych należy na przykład upłynnianie ciała. Nie wyobrażam sobie stojącego w domu akwarium z płynami ustrojowymi dziadka. Władze Olsztyna planują zainwestować w kriopogrzeby. Podczas takiej ceremonii ciało zanurzane jest w ciekłym azocie, co powoduje, że staje się kruche. Następnie zwłoki są łamane i umieszczane w trumnach - beczułkach ze skrobi ziemniaczanej. Rozkładają się po roku, użyźniając przy tym glebę. Mało tego, okazało się, że w człowieku jest wystarczająco węgla, aby sztucznie przerobić zwłoki na diamenty. I nosić męża na środkowym palcu. Uwieńczeniem życia może być też wystrzelenie ciała w przestrzeń kosmiczną. Koszt takiego kaprysu to 250 tysięcy złotych.
Śmierć jest jedyną z pewnych na tym świecie rzeczy. Te 6,5 miliarda, zamieszkujących Ziemię ludzi, kiedyś zginie i trzeba będzie coś z nimi zrobić. Stany Zjednoczone wpadły na znakomity pomysł. Specjalne świdry wykopują na cmentarzach doły długości około 3 metrów, a trumny składane są do ziemi pionowo. To jedna z rzeczy, która Amerykanom naprawdę się udała. Nie śmiem wspomnieć o kosztach tego pogrzebu, więc na zakończenie powiem wyświechtany banał: nie ma nic za darmo. Nawet śmierć kosztuje. Ale nie każdego to martwi.