Gdy jakieś trzy lata temu do reżyserowania nowego Sherlocka został zaangażowany Guy Ritchie, jedno było pewne - ten Holmes z pewnością będzie się sporo różnił od wszystkich poprzednich ekranizacji przygód słynnego detektywa.
Tak też się stało - i choć Sherlock Holmes z 2009 roku zebrał na ogół pozytywne opinie krytyków i publiczności, dało się słyszeć również głosy niezadowolenia. Mówiły one zazwyczaj o zbyt dużej dawce brutalnej akcji, kosztem po łebkach potraktowanej intrygi.
Muszę przyznać, iż jednym z tych zrzędzących malkontentów byłem ja. Idąc do kina, liczyłem na naprawdę fajną zagadkę kryminalną, nad którą będę się głowił przez cały seans, a dostałem... Iron Mana, tyle że bez zbroi. Widok Sherlocka Holmesa, tłukącego oprychów z łatwością godną Stevena Seagala, autentycznie wzbudzał we mnie uczucie zażenowania. Dałem się jednak porwać pędzącej akcji, niezbyt angażującej szare komórki, acz bez wątpienia widowiskowej. Koniec końców, film z pewnością obronił się jako akcyjniak z elementami kina detektywistycznego. Ale czy obronił się jako Sherlock Holmes na miarę naszych czasów...?
Fakt jest taki, że dzieło Ritchiego osiągnęło w kinach spory sukces - zarobiło na świecie ponad pół miliarda dolarów! Przy takim wyniku powstanie kontynuacji było wyłącznie kwestią czasu. Tym razem przeciwnikiem duetu Holmes (Robert Downey Jr.) - Watson (Jude Law) jest demoniczny i genialny profesor Moriarty...
Efektem zawodu pierwszą częścią Sherlocka było to, że do sequela podszedłem ze zdecydowanie mniejszymi oczekiwaniami.
Nastawiłem się na kolejne rozrywkowe filmidło, z całą feerią wybuchów, pojedynków na pięści i efektów specjalnych. Mierząc Grę cieni taką właśnie miarą, wypada ona wręcz wyśmienicie. Akcja nie zwalnia nawet na minutę, a jeśli już, to w międzyczasie zabawy dostarczają naprawdę przyzwoicie napisane dialogi, często podszyte ironicznym humorem.
Nieco lepsza, niż w części pierwszej, jest sama intryga. Moriarty to przeciwnik diabelnie inteligentny i bezwzględny, dzięki czemu jest godnym przeciwnikiem dla Holmesa. I choć w miarę zbliżania się napisów końcowych coraz więcej jest tutaj kiepsko zakamuflowanych, prostych hollywoodzkich chwytów, całość ogląda się z niekłamaną przyjemnością.
Gra cieni może i nie jest rasowym kryminałem, ale jako kino rozrywkowe sprawdza się znakomicie. Jeśli od nowego Holmesa oczekujecie jedynie czystej, nieskrępowanej zabawy - zapraszam do kin.