Kultura
Data utworzenia: 2011-12-16
Wyścig z czasem okiem Hałajdy
Wyścig z czasem
Twórców Wyścigu z czasem powinno się jakoś ukarać. Za co? Za totalne spartaczenie filmu, który miał potencjał być dziełem nawet wybitnym.
Pomysł, czyli słowo - klucz. Od niego zależy wszystko. Chcesz założyć firmę - musisz mieć na nią pomysł, jesteś dziennikarzem - musisz mieć pomysł na temat itp. Pomysł, pomysł, pomysł. Klucz do sukcesu. W przypadku opisywanego obrazu był rewelacyjny, wręcz fenomenalny.
Przyszłość, a w niej nowa waluta - czas. Technologia poszła na tyle do przodu, że ludzie przestają się starzeć w wieku 25 lat. Niestety, kolejne chwile życia są już mocno reglamentowane. Po każdym skończonym dniu pracy wynagrodzenie obejmuje sekundy, minuty i godziny. Dzięki nim można kupować różne rzeczy, a przede wszystkim - żyć. Jeśli nasz prywatny licznik pokaże 0, umieramy.
Świetne, co? Oczywiście, nie jako perspektywa tego, co nas czeka - mam na myśli koncept na fabułę. Reżyser i spółka chyba mocno się ową ideą zachłysnęli, bo spłodzili plastikowe dzieło bez krzty ikry.

Will (Justin Timberlake) jest świadkiem śmierci swojej matki, której licznik czasu ,,wyzerował". Pech chce, że dosłownie chwilę wcześniej chłopak wszedł w posiadanie ogromnej ilości dni (w przyszłości czas można sobie przekazywać). Gdyby spotkał się ze swoją rodzicielką wcześniej, uratowałby ją. To wydarzenie sprawia, że Will postanawia skończyć z dyktatem czasu, i dopaść tych, którzy nim rozporządzają...

I powiedzcie - warto marnować tak zmyślnie wykreowany świat na tak prostą, hollywoodzką opowiastkę o zemście?

Jeśli idzie o aktorstwo, to w filmie piosenkarze grają, jak na nich przystało - czyli raczej słabo. Co gorsza, reszta osób występujących przed kamerą dostosowała się do Justina poziomem. Amanda Seyfried, pamiętna gwiazdeczka musicalu Mamma Mia!, w roli zbuntowanej bogaczki wypada żałośnie, i zupełnie nienaturalnie. Oczy nie bolą jedynie wtedy, gdy na ekranie pojawia się Cillian Murphy w jedynej w miarę charyzmatycznej roli - strażnika czasu.
Mimo wszystko chciałbym uniknąć sytuacji, w której czytający ten tekst uznaje Wyścig z czasem za największego gniota w historii kina. Film ma przyzwoite zdjęcia, w tym sporo naprawdę dobrze sfilmowanych pościgów. Udźwiękowienie również stoi na wysokim poziomie. Moja dosadna krytyka wynika z dysproporcji między fantastycznym pomysłem, a jego realizacją. Efekt finalny dziwi tym bardziej, ze za reżyserię jest tutaj odpowiedzialny Andrew Niccol, który wcześniej wsławił się stworzeniem takich tytułów jak Pan życia i śmierci oraz Gattaca - Szok przyszłości.

Jeśli jesteście fanami lekkiego s-f z elementami prostego kina akcji, to jest film dla Was, tylko i wyłącznie. Dla reszty seans będzie męczarnią, bez ani jednego momentu pozytywnego zaskoczenia. Osobiście - nie polecam.

Michał Pacer miał troszkę inne zdanie. Link do recenzji:KLIK
Autor: Łukasz Hałajda
Komentarze czytelników:
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany lub komentarze oczekują na potwierdzenie przez moderatora.
Treść komentarza
Podpis


Wróźby on-line tarot Infolina 800