Przyszłość, a w niej nowa waluta - czas. Technologia poszła na tyle do przodu, że ludzie przestają się starzeć w wieku 25 lat. Niestety, kolejne chwile życia są już mocno reglamentowane. Po każdym skończonym dniu pracy wynagrodzenie obejmuje sekundy, minuty i godziny. Dzięki nim można kupować różne rzeczy, a przede wszystkim - żyć. Jeśli nasz prywatny licznik pokaże 0, umieramy.
Świetne, co? Oczywiście, nie jako perspektywa tego, co nas czeka - mam na myśli koncept na fabułę. Reżyser i spółka chyba mocno się ową ideą zachłysnęli, bo spłodzili plastikowe dzieło bez krzty ikry.
Will (Justin Timberlake) jest świadkiem śmierci swojej matki, której licznik czasu ,,wyzerował". Pech chce, że dosłownie chwilę wcześniej chłopak wszedł w posiadanie ogromnej ilości dni (w przyszłości czas można sobie przekazywać). Gdyby spotkał się ze swoją rodzicielką wcześniej, uratowałby ją. To wydarzenie sprawia, że Will postanawia skończyć z dyktatem czasu, i dopaść tych, którzy nim rozporządzają...
I powiedzcie - warto marnować tak zmyślnie wykreowany świat na tak prostą, hollywoodzką opowiastkę o zemście?
Jeśli idzie o aktorstwo, to w filmie piosenkarze grają, jak na nich przystało - czyli
raczej słabo. Co gorsza, reszta osób występujących przed kamerą dostosowała się do Justina poziomem. Amanda Seyfried, pamiętna gwiazdeczka musicalu
Mamma Mia!, w roli zbuntowanej bogaczki wypada żałośnie, i zupełnie nienaturalnie. Oczy nie bolą jedynie wtedy, gdy na ekranie pojawia się Cillian Murphy w jedynej w miarę charyzmatycznej roli - strażnika czasu.
Mimo wszystko chciałbym uniknąć sytuacji, w której czytający ten tekst uznaje
Wyścig z czasem za największego
gniota w historii kina. Film ma przyzwoite zdjęcia, w tym sporo naprawdę dobrze sfilmowanych pościgów. Udźwiękowienie również stoi na wysokim poziomie. Moja dosadna krytyka wynika z dysproporcji między fantastycznym pomysłem, a jego realizacją. Efekt finalny dziwi tym bardziej, ze za reżyserię jest tutaj odpowiedzialny Andrew Niccol, który wcześniej wsławił się stworzeniem takich tytułów jak
Pan życia i śmierci oraz
Gattaca - Szok przyszłości.
Jeśli jesteście fanami lekkiego s-f z elementami prostego kina akcji, to jest film dla Was, tylko i wyłącznie. Dla reszty seans będzie męczarnią, bez ani jednego momentu pozytywnego zaskoczenia. Osobiście - nie polecam.
Michał Pacer miał troszkę inne zdanie. Link do recenzji:
KLIK